Urodzony w 1991 roku w Sankt Petersburgu w rodzinie muzycznej Alexey Stadler należy do najciekawszych wiolonczelistów młodego pokolenia. Zadebiutował w 2014 roku i od tego czasu regularnie występuje na międzynarodowych estradach. Podczas koncertu w NFM towarzyszyć mu będzie polsko-amerykański pianista i pedagog Adam Golka. Program wieczoru tworzą dzieła kompozytorów, którzy odważnie wytyczali w muzyce nowe ścieżki – Roberta Schumanna, Alfreda Schnittkego i Fryderyka Chopina.
Koncert otworzą Fantasiestücke Roberta Schumanna. Ten trzyczęściowy utwór powstał w ciągu zaledwie dwóch dni w lutym 1849 roku, w przypływie niezwykłego natchnienia. Tytuł dobrze oddaje charakter muzyki, w której nagłe zmiany ekspresji potrafią zaskakiwać słuchacza. Łagodna melancholia, żywy taniec, a na koniec ogniwo pełne pasji, zwieńczone triumfalną apoteozą – taką podróż przez zmienne nastroje obmyślił autor. Następnie zabrzmi I Sonata wiolonczelowa Alfreda Schnittkego, powstała w 1978 roku i zadedykowana wybitnej wirtuozce tego instrumentu, Natalii Gutman. Dzieło ma nietypową formę: dwie wolne części okalają tu pełne furii i energii ogniwo środkowe, w którym odnaleźć można echa muzyki Dymitra Szostakowicza. Jest to kompozycja paradoksalna. Z jednej strony Schnittke sięga po elementy klasycznej harmoniki, z drugiej ukazuje je w sposób niekonwencjonalny, kwestionuje ich stabilność. Jeden z komentatorów porównał słuchanie tej sonaty do zwiedzania ruin doskonale znanego budynku: niegdyś pięknego i okazałego, dziś wciąż rozpoznawalnego, lecz budzącego raczej grozę i niepokój niż poczucie bezpieczeństwa.
Wieczór zamknie Sonata g-moll na fortepian i wiolonczelę Fryderyka Chopina – późne dzieło artysty, powstałe z inspiracji przyjaciela i znakomitego wiolonczelisty Auguste’a Franchomme’a. Praca nad utworem nie przebiegała gładko. „Z mojej Sonaty z wiolonczelą – raz kontent, drugi raz – nie. W kąt rzucam, potem znów zbieram...” – pisał kompozytor w listach. Gdy w 1848 roku w Paryżu zasiadł do fortepianu, by wraz z Franchomme’em ją prawykonać, zabrzmiały tylko trzy z czterech części. Pierwsze ogniwo pominięto, gdyż nie zyskało aprobaty słuchaczy podczas nieoficjalnych prezentacji. Później było jeszcze gorzej. Ignaz Moscheles pisał: „wydaje się, jakby Chopin pukał do wszystkich tonacji, by się przekonać, czy nie znajdzie gdzieś dobrego brzmienia”. Dopiero w XX wieku nastąpiła zmiana oceny tego utworu. Dziś Sonata g-moll uchodzi za dzieło dojrzałe – głęboko zakorzenione w klasycznych wzorcach, a zarazem wyraźnie wybiegające w przyszłość.